księga gości


2008
sierpień
lipiec
2007
lipiec
2006
maj
2005
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień



Dyariusze
OBF
One-day-photo
Zakladka

Smocze Lektury
Laws of sexual dynamics
O filmach inaczej
Portet Doskonały
Wciągnęło mnie
Culture Shock

Skarbiec
Medrcy i Głupcy
Tsune ni ite, kyu ni awasu




It's a final countdown
Oj dluzyl mi sie ten tydzien okropnie, dluzyl niemilosiernie ale na szczescie juz jutro KONIEC. Choc tej nudy nic nie zapowiadalo - nie, to nie nuda. To oczekiwanie. Jestem wcieleniem phrasal verba 'to look forward to'. Jutro koncze lekcje, zjadam lunch i spadam na lotnisko... Ale wczesniej skoncze niektore watki:
W Sobote mialem dzien wolny - i wybralem sie na lotnisko spotkac z przyjaciolka. Mirjam poznalem grajac w 'World of Warcraft', potem razem pracowalismy przy 'Azerothian Weekly'. Wpadla na weekend do Londynu (z Eindhoven to 6h samochodem) i sobote spedzilismy wloczac sie po sklepach. W trakcie tego wloczenia zawedrowalismy do sklepu Disneya. I tu swiat przypomnial mi, jakim jest malym miejscem: w centrum najbardziej zatloczonej ulicy miasta spotkalem kolege z pracy - z Warszawy, ktory w dodatku wpadl do Londynu tylko na jeden dzien. Zabawne nie? Dzien minal milo i o 21 pozegnalismy sie na stacji London Bridge.
Spojrzalem na rozklad jazdy - zadnego pociagu do Redhill? Patrze uwazniej - hmm.. wyglada na to, ze ostatni byl o 7. Przyznam, lekko zbladlem, bo nie usmiechalo mi sie zostawanie na noc w Londynie - glownie przez dodatkowe koszta, pewnie z 40 funtow. Postanowilem wiec przejechac metrem do Victoria Station, co wiazalo sie z przesiadka przy Westminster. Tam wreszcie dotarlo do mnie znaczenie nadawanych przez caly dzien komunikatow, ktore moj umysl ignorowal (bo mnie nie dotyczyly) - linie wiodace do Victoria na weekend zostaly wylaczone. Poniewaz w chwili kryzysu mozna ufac tylko wlasnym nogom, postanowilem przejsc do Victoria (jest to spory kawalek). Zeby bylo smieszniej, postanowilem isc skrotem. Tak, tak wszyscy wiemy, czym to sie zazwyczaj konczy. Nawet Kubus Puchatek. Oczywiscie troche sie pogubilem i musialem nadlozyc spoooro drogi (dla tych co znaja miasto - zamiast od Parlamentu isc Vicotria street, przeszedlem na ukos, wyszedlem na Vauxhall i dopiero wzdluz niej do stacji). Wieczorem boczne uliczki centrum miasta sa zupelnie opustoszale. Czasem przejedzie jakas taksowka, przejdzie jakis czlowiek z psem, lub grupka mlodych ludzi obladowanych puszkami z piwem. Tak czy siak, wreszcie - spocony - dotarlem do Victoria station. Na szczescie z tej stacji nie bylo problemow z pociagami, a troche sie tego obawialem - w koncu juz w zeszlym roku mialem dziwne przygody transportowe w tym miescie - i po 23 bylem z powrotem w Red Hill, a po kolejnych 20 minutach spaceru - na terenie szkoly.
Tu okazalo sie, jakie atrakcje mnie ominely. Otoz moi ulubieni rosjanie, na wycieczcce do Canterbury kupili sobie alkohol. Co dokladnie pili tego nie wie nikt - ale jedna dziewczyna byla w takim stanie, ze zastanawiano sie czy nie zabierac jej do szpitala. Zdemolowali tez troche sprzetu, zarzygali personel (dokladniej - Mikee przez godzine trzymal czyjas tam glowe nad kiblem). Slowem - bylo wiele radosci. Radosci bylo jeszcze wiecej, gdy dwa dni pozniej odjechali do domow.
Na ich miejsce (i innych dzieciakow - np. bardzo fajnych Turkow) przybyli glownie Niemcy, kilku Polakow i inne nacje. Ale te ostatnie dni byly dla mnie tylko odliczaniem. - Moja nowa klasa to niskolevelowcy (tzn. slabo znaja anglieski) i jacys tacy cisi, jakby na prochach. Jakos nie moge z nimi sie dogadac moze dlatego ze tez jakos za bardzo mi nie zalezy.
Ach, bylem tez na wycieczce do Greenwich. Bardzo ladne miejsce, ale to co warto tam odwiedzic to muzeum morza. Wizyta ta idealnie wpasowala sie w moja obecna lekture - 'The Terror' Dana Simmonsa. Ksiazka ta niejako sama wskoczyla mi do reki w londynskiej ksiegarni (nie wiem czy tylko ja tak mam, ze lubie lazic po ksiegarniach i tak troche na chybil trafil wybierac ksiazki). Kilka miesiecy temu przeczytalem dwie inne jego ksiazki - swietne, fantastyczno naukowe przerobienie 'Iliady' ('Ilium' i 'Olympos'). 'The Terror' to opowiesc o wyprawie dwoch statkow 'The Terror' i 'Erebusa' w polowie XIX wieku do Arktyki w poszukiwaniu polnocnego przejscia wokol Ameryki. Jak sie to czyta, czlowiekowi robi sie zimno i bialo przed oczami. Polecam! - a muzem ukazuje jak to bylo z tym zeglowaniem przez wieki. Swietny jest dzial dla dzieciakow, gdzie mozna sie pobawic roznymi busolami itp. poogladac modele okretow, zobaczyc slynne witraze Kompanii Baltyckiej. Wycieczka ta byla milym elementem mojego dluuugiego wtorku (3 zmiany i 2 dyzury posilkowe) po ktorym zwalilem sie do lozka i kiepawo spalem - wczasie biegania dzien wczesniej rozwalil mi sie but (firma Nike - raz naprawiany, jak mi go teraz nie wymienia to ich oszkaluje ;) ) i nadwyrezylem noge i troche mnie rwalo w nocy. Starosc nie radosc. Nastepnego dnia po lekcjach, dla poprawy humoru poszedlem do redhillskiego kina na Batmana raz jeszcze. Podobalo mi sie jeszcze bardziej niz za pierwszym razem. A kino nadzwyczaj mile - spodziewalem sie zwyklych krzesel poustawianych przed duzym telewizorem, a zostalem milo zaskoczony - kino male, troche ciasne, ale przyzwoite.
Dzis tylko jedna zmiana, jutro ostatnie lekcje - a potem wracam do domu. Dzieki za czytanie -choc mam wrazenie ze nieco wialo nuda- Juli i Klarze dzieki za pomoc przy wstawianiu notek i zdjec. Po powrocie do domu wszystkie zdjecia wrzuce na facebooka, ale zajrzycie tu za  jakis czas - moze cos ciekawego wydarzy sie w czasie mego powrotu do domu? Wtedy na pewno o tym napisze.

2008-08-08 16:58:07 skomentuj (1)


Going through the motions
I tak, oficjalnie, rozpoczal sie ostatni tydzien! Bo na letniej szkole w Reigate tydzien zaczyna sie w czwartki, gdy dostaje sie plan na nadchodzace dni i planuje co zrobic z  czasem, takze tym wolnym. Ja gdy mam chwile dla siebie - a jest tych chwil calkiem sporo - zwykle czytam, ogladam filmy (kupilem sobie na wyprzedazy 9 plytowe wydanie 4 czesci 'Obcego', z tymi filmami zreszta tez mam mniej lub bardziej traumatyczne wspomnienia z dziecinstwa) oraz odsypiam zarwane noce.
Noce zarywane, jakzeby inaczej, przez ruskie trolle. Na przyklad wczoraj okolo polnocy pod moimi drzwiami (doslownie) miala miejsce ogromno klotnia miedzy nimi a ich group leaderka. Ale to nie wszystko - oni sa po prostu glupimi chamami, ktore uwazaja, ze jak sie ma 16 lat to  wszystko im wolno. Z drugiej strony - to idiotyczne ze strony i rodzicow i szkoly zeby ich wysylac na oboz, gdzie sa mniejsze dzieci. Ale te mniejsze dzieci tez nie wszystkie sa takie slodkie i fajne - choc bardziej w stylu urwisow z dziwnymi pomyslami niz napakowanych ruskich trolli. Na przyklad ktoregos dnia w budynkach pozawieszano karteczki z informacja: 'Nie wchodzic na dach. Kto wejdzie na dach zostanie odeslany do domu'. - dzien wczesniej naszla hiszpanow (chyba) ochota na wspinaczke. Ale sa tez ciekawsze kwiatki - przed wieczorna zmiana, przy rozpisce kto gdzie ma dyzur pojawil dopisek: 'upewnijcie sie, ze dzieczynki nie wchodza na pietro w domach chlopcow i odwrotnie. Doniesiono nam, ze widziano dziewczynki i chlopcow bioracych razem prysznic'. Ale praca jest tak naprawde latwa - moje klasy sa ok (choc duzo im brakuje do fajnosci klas z zeszlego roku), choc w ten weekend duza grupa dzieciakow ktore mialem w klasie od samego poczatku wyjezdza. Mowia, ze bylo bardzo fajnie, ale tesknia tez za rodzicami i domem...

Oczywiscie oprocz pracy w szkole sa jeszcze wycieczki. W mijajacym tygodniu bylem tylko na jednej - calodziennej do Londynu (w niedziele) - ale byla wykanczajaca. Ja i Rachel towarzyszylismy grupie znanych juz wam Kolumbijczykow. Do Londynu udalismy sie pociagiem, na ktory oczywiscie sie spoznilismy. Jak pamietacie moze, Kolumbijczycy sie nie spiesza. Z Victoria Station metrem przejechalismy do Muzeum Historii Naturalnej. Tu znowu odezwaly sie wspomnienia - w muzeum tym spedzilem owe 13 lat temu ze 3 godziny - wtedy bylo to naprawde robiace wrazenie miejsce, zwlaszcze ze Polsce takich nie bylo. Ale nawet teraz wystawy, interaktywne ekrany, szkielety dinozaurow czy model wieloryba w skali 1:1 robia wrazenie. Po muzem byl Harrods - ale tam ani nas, ani Rachel nie wpuscili -mielismy na sobie slynne, ohydne, pomaranczowe koszulki 'Staff'... Dzieciaki tez mialy problemy z wejsciem - musieli sie rozbic na 2-3 osobowe grupki i probowac przy roznych wejscach. W tym czasie ja i Rachel siedzielismy na pobliskim parapecie zewnetrznym przyciagajac spojrzenia przechodniow. Parapet ten bowiem naszpikowany byl kolcami (zeby wlasnie na nim nie siadac ani nie spac) - ale ja podlozylem plecak, a kolezanka ksiazke. Jednak z perspektywy przechodniow tych podkladek nie bylo widac, wygladalismy wiec, w naszych skaczacych do oczu t-shirtach jak uliczni fakirzy. Bylo wiele radosci.
Po Harrodsie przejechalismy do Picadilly - a stamtad na piechote na Oxford Street, zahaczajac o Hanley'sa, czyli mega wielki sklep z zabawkami. Nasz smyk to taki ubogi krewny tego molocha. Najlepsze w nim jest to, ze po sklepie chodza pracownicy i prezentuja rozne zabawki, czy tez raczej promuja. Takze dzieciaki, nawet jak nic nie kupia, moga sie pobawic.

Na Oxford Street wycieczka dostala godzine czasu wolnego. Ale to wcale nie oznaczalo czasu wolnego dla mnie - poniewaz znowu bylem wyznaczony do opieki nad Lorenzo. Tu maly wtret wyjasniajacy. O tym chlopcu juz pisalem, ale na swoj sposob jest na prawde zadziwiajacy. Tak jak jego rodzice, ktorzy wyslali 9 latka bez stalej opieki na oboz gdzie jest jednym z najmlodszych (i nielicznych) dzieci. Ale jak na zyjacego we wlasnym swiecie 9 latka jest bardzo zaradny. Na przyklad na Oxford st. chcial isc do ksiegarni. Tam wybral sobie jakas mala ksiazke (nawet nie wiem co to bylo, chyba 100 najlepszych przeklensw angielskich). Po wyjsciu z ksiegarni i przejsciu jakis 200 metrow stwierdzil, ze jednak tej ksiazki nie chce - wrocil wiec do ksiegarni i ksiazke zwrocil. Za odzyskane pieniadze postanowil kupic sobie CD. Poszlismy wiec do HMV - tam sam sie zapytal sprzedawczyni o plyte (zespol Mana), ale niestety okazalo sie, ze i tak mial za malo pieniedzy. Udalismy sie wiec do sasiedniego sklepu z pamiatkami - tam postanowil kupic sobie koszulke z 'I love london' - i sam spytal o rozmiar dla siebie. Niezle nie? Potem zebralismy nasza grupe (tylko 15 minut spoznienia), ktora potem wedrujac korytarzami metra nieco sie pogubila, spoznilismy na pociag powrotny ale na obiad i tak wrocilismy. Wycieczkowicze byli bardzo zadowoleni - ja i Rachel - wykonczeni.
Reszta tygodnia minela luzacko - za to jutro mam 3 zmiany... Ale juz w sobote zobacze sie z moja dobra przyjaciolka, ktora odwiedza Londyn, a potem ostatni tydzien! Yupiii!
I jeszcze ciekawostka - czy kiedykowliek byscie pomysleli o pokrzywie jako roslinie egzotycznej? Dla Kolumbijczykow, a nawet dla ich australijskiej opiekunki pokrzywy byly nieprzyjemnym odkryciem. Ktore zaraz wykorzystali wpychajac sie nawzajem w krzaki.


Image Hosted by ImageShack.us
Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us
Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us
"
2008-07-31 21:32:06 skomentuj (6)


Why so serious?
Polowa pobytu tutaj juz za mna! Jeszcze tylko 2 tygodnie - czyli z gorki. Choc zbiegajac z gorki najlatwiej sie wywalic, albo ktos moze kogos popchnac na ukryta w trawie rozbita butelke i ktos moze miec blizne na nodze do konca zycia. Ale, o moim dziecinstwie bedzie troche potem. Najpierw - jak to juz sie stalo tradycja tych wakacyjnych blogow - WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO dla mojego wspanialego Taty, ktory to wczoraj swietowal.
Te kilka ostatnich dni uplynelo pod znakiem wycieczek. We czwartek, po lekcjach (o ktorych tez potem) udalismy sie na wycieczke - niespodzianke. Niespodzianke dlatego, ze wlasciwie do srody wieczor nie bylo wiadomo gdzie jedziemy. Pierwotnie mial to byc park 'Birdworld' - taka ptaszarnia, ale wszyscy, ktorzy byli tu w zeszlym roku pamietali jaka to byla porazka. Dlatego postanowiono to zmienic - i wybor padl na Windsor. I musze stwierdzic, ze byl to wybor doskonaly.
Windsor robi niesamowite wrazenie - nie wtapia sie, tak jak londynska Tower, w miasto tylko dumnie tkwi na wzgorzu, jak to potezne zamki powinny. Okolony jest zielonymi lakami i polami. A nad nim majestatycznie unosza sie zmierzajace na Heathrow gigantyczne odrzutowce. Serio - to pierwsza rzecz, jaka rzuca sie w oczy w Windsorze (moze nawet bardziej niz zamek). Wysiadasz z autokaru - a kilkaset metrow nad glowa przelatuje ci jumbo jet. Obok jest tez miniatura London Eye, czyli wolno-obrotowy diabelski mlyn, ale te atrakcje sobie darowalem. W Windsorze bylem prywatnie (tzn. tylko skorzystalem z podwozki autokarem), tak wiec za wstep do zamku musialem zaplacic prawie 15 funtow. Pogoda byla piekna - wiaterek, slonce (no i te nisko latajace odrzutowce). W Windsorze po raz pierwszy poczulem tez oddech historii - w niesamowitej kaplicy sw.Jerzego, w podlodze jest plyta 'tu spoczywaja szczatki Jane Seymour i Henryka VIII'. To chyba najslynnejszy monarcha tej wyspy i mimowolnie czlowiek lapie sie na glebokiej i dotykajcej glebi duszy refleksji: 'Holy shit!'.
Oprocz tego w Windsorze mozna zobaczyc krolewskie apartamenty, zbrojownie (w tym miecz wyzej wspomnianego krola - nic nadzwyczajnego) itp - ladne, ale ma sie wrazenie, ze juz to wszystko sie widzialo w X innych zamkach. Oczywiscie to wrazenie sie zmienia, kiedy czlowiek sobie uswiadamia ze zamek ten wciaz jest w uzyciu. W sali balowej zamontowany jest wielki telewizor, ktory pokazuje urywki z roznych uroczystosci (glownie rodzinnych) - wtedy chodzenie i ogladanie nabiera zupelnie innego wymiaru. Po obejrzeniu zamku (darowlem sobie Queen Mary's Dollhouse, cokolwiek to jest - kolejka byla za dluga) - poszedlem jeszcze na slynny Long Walk (jest na zdjeciach) - czyli baaardzo dluga droga prowadzaca do zamku. Tu takze spokoj zagluszaja samoloty - ich ogromne cienie raz po raz przemykaja po zielonej trawie. Tam przydarzyla sie znamienna historia - poprosilem pare przechodniow o zrobienie mi zdjecia. Ci - konsternacja, widac ze nie do konca rozumieja o co chodzi. Dziewczyna mowi po polsku do chlopka 'to moze ty...'. Odetchneli z ulga jak przeszedlem na polski. On jest tu na stale, ona na wakacje. Ale nadal uwazam to za bardzo dziwne, ze mieszkajacy w obcym kraju czlowiek tak sie peszy jak sie do niego mowi w jezyku obcym...
Piatek byl dniem pozegnan. Francuzi, wlosi, polacy - wracaja do domu. A ci, ktorzy chodzili na moje i Johna zajecia maja super pamiatke. Razem z Johnem wpadlismy na pomysl zrobienia fanzinowatego pisemka, ktore zbieraloby ich prace z 2 tygodni w formie gazetki. John spedzil godziny skanujac i obrabijajc w photoshopie prace. Ja - nie majac wlasnego kompa - pomagalem glownie koncepcyjnie, no i nadzorujac prace uczniow. W gazetce znalazly sie np. uczniowskie pomysly na superbohaterow, grupy muzyczne, itp itd. Byli zachwyceni. Teraz, gdy przyjada nowi uczniowie i powstana nowe klasy, nasze dzieciaki beda rozczarowane ;). Juz teraz za nami chodza zeby mogli byc u nas w klasach. ha! Ale te dzieciaki sa bardzo fajne. Nie to co rosjanie. Z kazdym dniem moja opinia na ich temat sie potwierdza - moze nieslusznie, bo w koncu to tylko rozpuszczone dzieciaki w koszulkach od Armaniego. Jednostki potrafia byc fajne - np. wczoraj odbyla sie cross dress disco (przebiera sie za plec przeciwna) - kilku rosjan wzielo w tym udzial, choc najlepiej (jak przy wszystkich zabawach) - bawli sie ...Niemcy. Tak samo jak na konkursie talentow (wygral niemiecki pianista - naprawde super gral).
A dzis - niespodziewanie - mialem dzien wolny. Jakos tak sobie z przyzwyczajenia zalozylem, ze wolna bede mial niedziele. Ale okazalo sie, ze jednak sobote. Mialem wiec maly zgryz - czy jechac do Oxfordu razem ze wszystkimi, czy jednak wybrac sie do Londynu. Wybralem Oxford. I pojscie do kina. Oxford jakos nigdy nie mial dla mnie tej magii, co stolica Anglii. Ot miasto, ktore slynie ze swego uniwersytetu (wiem teraz pewnie pare osob chce mnie zabic za to bluznierstwo, ale co tam). Ostatnio bylem tam 13 lat temu i jedyne co pamietalem to to, ze kupilem sobie RPG 'Gwiezdne Wojny' (ach jeszcze ta niebieskookladkowa edycja d6). A co do kina...
Dziecieciem bedac wybralem sie z mama i siostra do teatru. Nie mam pojecia co to bylo za przedstawienie - pamietam, ze po drodze mama (wspaniala mama bedac) kupila mi komiks o Batmanie. Byl to slynny 'Zabojczy zart' - komiks absolutnie nie dla 12 letniego (chyba) chlopca, ktory uznawany jest za jedna z najlepszych historii o Mrocznym Rycerzu. Komiks, ktory ocalal z dobroczynnej hekatomby, ktora mojej kolekcji komiksow swego  czasu zgotowala moja starsza siostra. Caly czas go mam. To mroczna historia, niejednoznaczna i niepokojaca.
Dla tych, ktorzy nie maja ochoty czytac dalej powiem krotko - nowy film o Batmanie jest absolutnie wspanialy. Jeszcze lepszy od 'Batman Begins'. Znowu Joker kradnie nieco slawy Batmanowi (poprzednio byl to Nicholson - teraz Ledger), ale w koncy wszyscy kochaja klaunow, a nietoperze zyja w cieniach. Ledger jako Joker jest niesamowity i tylko dla niego warto poswiecic te ponad 2 godziny. Konfrontacje - zwlaszcza te psychologiczne pomiedzy Batmanem i Jokerem sa tak samo emocjonujace jak sceny akcji. Ale sama historia tez jest warta uwagi - poplatana, ponura i pesymistyczna - pozostawia widza z dosc niewesola wizja ludzkiej natury - nawet jesli czlowiek nie robi czegos zlego, to tylko dlatego ze sie boi... Na pewno jeszcze nie raz go obejrze - dla pojedynczych scen, ktorych tu na razie nie wspomne, zeby nie psuc wam zabawy. Premiera w Polsce 08.08.08 - ja sie po powrocie wybirem, kto chce isc ze mna?
Kino w Oxfordzie to taki premierowy moloch na 800 miesc- pewnie moze tez sluzyc jako teatr. Ale dzwiek, ekran czy fotele sa lepsze np. w multkinie w Zlotych Tarasach. Co ciekawe reklamy przed seasem to glownie alkohole i platki sniadaniowe dla dzieci. Troche dziwny mix, ale kto wie, moze warto sprobowac jak smakuja platki kellog's z piwem? Poniewaz spoznilem sie na zbiorke, do Reigate musialem wrocic sam - pociag to ponad 20 funtow! No coz, nadal uwazam, ze bylo warto. A droga powrotna minela na przysluchiwaniu sie rozmowom dwoch kiboli. Tzn. tak wygladali - jak angliescy kibole. Okolo 30, czerwone od slonca, lekko pulchnawe twarze. Wiekszosc czesc podrozy spali (a jechali do samego Red Hill). A potem ich rozmowy toczyly sie wokol tego co sie chce komu robic, czy warto isc do toalety juz teraz, czy jeszcze poczekac i kto co zrobil/zrobi. Dzieki Bogu, mialem sluchawki na uszach i wiekszej czesci nie slyszalem.
Jutro zaczyna sie kolejny tydzien pracy - jade z ktoras grupa do Londynu (Madem Tussauds albo London Dungeon) a potem byle do konca kolejnego tygodnia....

tymczasem.....
Gdy sterany pracą nauczyciel śpi, rozlega się chichot dobiegający gdzieś z ostępów Europy Środkowej:


HAHAH to ja- Sister-haker-Cleo!
I wstawię teraz parę zdjęć, bo jestem Panią Hasła i Loginu! (ale opisy Br@ wstawi 'pewnie, jak wróci' - to był cytat)

Image Hosted by ImageShack.us
Image Hosted by ImageShack.us
"
Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us

Image Hosted by ImageShack.us


2008-07-27 13:17:44 skomentuj (8)


Obladi Oblada
... life goes on. To juz prawie dwa tygodnie - a potem juz z gorki. Na sobotnia impreze nie poszedlem, zreszta - nie bylo ogniska (padalo), tylko mini spotkanie w swietlicy. A nie poszedlem, bo po prostu zaspalem. Tak mnie ten Londyn wykonczyl. Niedziele spedzilem rownie leniwie tzn. nie robiac nic konkretnego i specjalnego. Tak samo poniedzialek (tzn. pracowalem troche, ale to tez sie zalicza do 'nic konkretnego i specjalnego').
We wtorek natomiast odbyla sie wycieczka do nadmorskiego Brighton. Na szczescie nie pracowalem wtedy wiec wybralem sie tam zupelnie prywatnie - tak jak reszta nie pracujacego staffu. Pogoda byla przepiekna (jak moze wkrotce zobaczycie na zdjeciach) - niebiesciutkie niebo, lagodny wiaterek, ani za zimno, ani za goraco. Wedrowalem sobie po slynnym molo i plazy i ogolnie relaksowalem, przypominajac sobie jak to poprzednio w Brighton bylem niespelna 13 letnim dzecieciem bedac.
Brighton - jak powiedzial mi John - ostatnimi laty stalo sie bardzo modnym miejscem. Hotel, gdzie kiedys nocowal ze swoim zespolem (muzyka elektroniczna) za kilka funtow teraz kosztuje 120 za noc. Ale kierowca naszego autokaru dopowiedzial druga czesc prawdy - popularne i drogie sa tak naprawde 3 ulice prowadzace do plazy, no i sam pas wzdluz moza. A reszta miasteczka jest nieco brudna, niezadbana i biedna.
Pomijajac nieco stresujacy powrot (tzn. stresujacy glownie dla kierowcy - kilkoro kolumbijczykow niezle sie spoznilo na zbiorke i kierowca sie wkurzal - twierdzil, ze jest taka umowa, ze jesli nie wroci na obiad, czyli na 18, to w ogole mu nie zaplaca). To popoludnie tak mnie zrelaksowalo, ze postanowilem jakos wykorzystac reszte wolnego czasu i powzialem Decyzje O Bieganiu. Umowilem sie z kolezanka na powolne koleczko wokol jeziora (jakies 2 mile, w tym niewielka gorka). Jakos poszlo, choc bylem nieco zalamany moja forma (ach gdzie te czasy gdy sie po nocy po Jelonkach biegalo!). Ale postanowilem sie nie poddawac i wstac rano i zrobic jeszcze jedno kolko przed sniadaniem, zeby zakwasy nie weszly. Poszedlem wiec wczesniej spac.
Niestety, moi nowi sasiedzi przez sciane - Rosjanie, mieli inne pomysly na spedzenie wieczoru. Teoretycznie od 11 jest cisza nocna. Wg. 15 letnich Rosjan, cisza nocna to sluchanie lupu cupowej muzyki, glupawe rechoty, bieganie, trzaskanie drzwiami itp. Ich group leader wyglada na nieco zastraszona - zamiast ich wziac za mordy i uciszyc uderzyla w taki ton 'drodzy chlopcy, troche ciszej moze, dobrze?'. W koncu, jakos po 1 w nocy, zamkneli sie. Dzisiaj bylem z nimi pogadac - zobaczymy o ktorej dzis zasna, bo znowu chce wstac rano (ale i tak po poludniu znowu sie przebieglem).
Moj wspanialy stryjek niedawno stwierdzil, ze 'ruskich to on nigdy nie polubi'. Niestety, przekrojowo patrzac na wszystkie dzieciaki tutaj - oczywiscie z mojej prespektywy (bo np. nie ucze zadnych francuzow, a podobno sa koszmarni na lekcjach) - przekrojowo patrzac, rosjanie wypadaja najgorzej. Nawet jesli sa mili, to nie chce im sie pracowac na lekcji. Sa zadufani w sobie, pewnie przez to, ze sa z bogatych rodzin i mniej lub bardziej rozpuszczeni. Ale pewnie to tez moje, typowo polskie, historyczno-polityczne skrzywienie.
 
W nastepnym odcinku: o gazetce uczniowskiej, superbohaterach, kradziezach i tajemniczej wycieczce.

















2008-07-23 21:31:02 skomentuj (6)


Come float with me*
Londyn i grupa rosyjskich dzieci to nie jest nic fajnego. Wlasnie
wrocilismy z calodziennej wycieczki i jestem tak padniety, ze chyba
jutro sobie eskapady daruje, mimo ze mam dzien wolny. Ale po kolei.
Odpowiadajac na zadane ostatnio pytanie: tak, z pewnoscia macie racje
jesli chodzi o skarpetki, chamstwo itd - ale ja mam taka obserwacje z
wieczornego posilku - Polacy pija herbate bez mleka i czesto bez cukru
tez. Jak sie tak zdarzylo ze usiedlismy w polska piatke obok siebie, i
wszyscy z herbata bez mleka, co bardzo zdziwilo innych ;)
Tydzien mijal sobie spokojnie - jedna mala wycieczka do Guildford,
gdzie najpierw obejrzelismy ruiny ruin zamku (ostala sie jedna 900
letnia baszta w pieknym ogrodzie) a potem wszyscy radosnie udali sie
do centrum handlowego na zakupy. Niestety, ja bylem przydzielony jako
opiekun malego Lorenzo (kolumbia), ktory przybyl do Anglii nie z
grupa, tylko sam (tzn. z innej agencji podrozy). Dlatego caly czas
ktos z nim musi byc. Lorenzo lazil z grupa innych kolumbijczykow, a
snulem sie za nimi jak jakis BORowiec. Ale i tak udalo mi sie kupic w
HMV gre na przecenie (w PL jest w koszmarnej polskiej wersji) i dwa
T-shirty z Jokerem :). Ceny? Po przeliczeniu identyczne jak w Polsce,
10 funtow za tiszerta. Dzieciaki pokupowaly sobie plyty cd, slodycze,
troche pamiatek

W Piatek mialem obserwacje - i akurat ta lekcja swietnie mi sie udala,
wiec Jo byla bardzo zadowolona, zreszta tak to makiawelicznie
zaplanowalem- powiedzialem jej zeby przyszla na pierwsze 20 minut,
ktore wiedzialem ze beda sie podobac (fajna gra, potem ciekawy temat
wprowadzony). Wieczorkiem mialem dyzur w swietlicy, co oznaczalo
czytanie ksiazki i gadanie z floaterami.

No wlasnie - floating (czyli 'unosic sie na wodzie'). To najgorszy
rodzaj dyzuru jaki moze przypasc. Lazi sie po kampusie, zaglada do
swietlic itp - chodzi o to, zeby byc widocznym i zawsze ktos ze staffu
byl widoczny w razie wypadku. Ale floatowanie przez 3 godziny jest
lekko meczace, takze przez nude. Poza tym, po lekturze 'It', kojarzy
mi sie z czyms innym: W horrorze owym to straszne, mieszkajace w
kanalach, Cos, zanim zabije kolejna ofiare mowi 'Come float with us...
We are all floating here...' Jak wiec widzicie, juz w roku 1985 mistrz
King dostrzegl potwornosc tego rodzaju dyzuru.
Oprocz floatownia i pracy tydzien uplynal tez na posilkach. Czasem
przelykanych w pospiechu, zwykle przy wymianie uwag na temat pracy,
ale czasem sa tez inne opowiesci. Na przyklad wczorajszy obiad byl
obrzydliwy (takie niby barbecue, ale ohydne i nie na powietrzu) wiec
sila rzeczy rozmowy zeszly na okropne jedzenie i creepy topics. Ja
opowiedzialem o karaluchach w Chinach (patrz blogi sprzed 3 lat), a
Pierce to: Jego kolezanka byla w Indiach, w calkiem dobrej
restauracji. Nagle widzi na scianie wielkiego, bezczelnego karalucha.
Rozhisteryzowana wola kelnera - ten podchodzi, sztywny w smokingu,
ulizana fryzura itp. Pyta o co chodzi, kobieta wskazuje na robala. Ten
spokojnie: 'Madam, you're not in England now'. ('Szanowna Pani,
obecnie nie znajduje sie Pani w Anglii).

A dzisiaj odbyla sie wycieczka do Londynu. Jak moze pamietacie (a
pewnie nie) rok temu wycieczka ta odbyla sie bezstresowo. Rok temu
szedlem sobie z karna grupa kolumbijczykow (chyba), z tylu, a z przodu
kroczyl Tom, ktory wiedzial ktoredy isc i co i jak. W tym roku ...o
nie... bylo zupelnie inaczej. Ja i Janet zostalismy przydzieleni do
grupy 20 rosjan. Dopiero po dotarciu na miejsce zorientowalismy sie,
ze zadne z nas nie ma mapy (powinny byly byc w takim pliku dokumentow
na wycieczki), co gorsza, zadne z nas nie ma do konca pojecia ktoredy
isc - Janet w Londynie byla ostatnio lata temu. Ja niby rok, ale
wiecie jak to jest - nie duzo sie pamieta. Zly bylem na siebie, bo
dzien wczesniej zrobilem 2 lekcje na ktorych rozdawalem mapy itp - a
sobie nie wzialem. No nic, korzystajac z pisemnych instrukcji (kotre
na szczescie mielismy), poprowadzilismy nasza grupe. Ktora powinna
miec przydomek 'Rozlazla' - wlekli sie, wyglupiali, na poczatku jakies
tam zainteresowanie wykazywali, ale kiedy dotarlismy do Buckingham
Palace (przez Trafalgar Sq, Whitehall i St.James Park) juz im sie
znudzilo i zaczeli nawolywac ze chca do McDonalds. Ah, pod Buckingham
zgubil nam sie jeszcze malutki chlopczyk, ale szybko znalazl. W kazdym
razie, troche po omacku dotarlismy do Picadilly Circus a z tamtad
postanowilismy dojsc do Covent Garden i tam dac im czas wolny. Troche
nam sie pomylila droga i ominelismy Covent Garden - nagle zobaczylem
ze jestesmy przed (super) sklepem Forbidden Planet (ten sklep powinien
sie nazywac Nerd's Planet - gadzety filmowe np oszulki z napisem
Weyland Yutani albo Nostromo (20£), komiksy, rpg, filmy itd).
Wiedzialem ze to gdzies w poblizu Covent Garden (3 minuty jak sie
okazalo) wiec stwierdzilem ze to bedzie nasz meeting point. Wtedy
opiekunka Rosjan (mila, ale kiepawa z niej opiekunka) spytala dlaczego
nie w CG. Na to ja odparlem z ogromna pewnoscia siebie 'Bo tu jest
swietny miejsce spotkan!'. Po tym dzieciaki poszly szukac McDonalds,
Janet na kawe, a ja kupilem mape i poszukalem jak najszybciej dotrzec
na autokaru. O dziwo dzieciaki byly na miejscu punkt 4 i udalismy sie
do autobusu - spoznilismy sie tylko 10 minut, co przy tempie
poruszania sie rosjan jest sukcesem ;)
Nie byla to mila wycieczka, dosc stresujaca nawet. Za tydzien Oxford,
tam trudniej sie zgubic, choc tam to juz naprawde 15 lat temu bylem.
Jutro chyba sobie daruje wedrowanie po Anglii, pospie dluzej,
poczytam. W nastepna niedziele chce jechac do Londynu na nowego
Batmana (reklamy sa wszedzie, a film podobno lepszy nawet od 'Batman
Begins'), a ostatnia niedziele mego pobytu tu wybieram sie znowu do
The Globe na Szekspira. Jakos nie chce mi sie w tym roku zwiedzac - w
zeszlym roku bylem nakrecony 2 ksiazkami, w tym to raczej taka po
prostu praca i odliczanie kolejnych dni. Nie zrozumcie mnie zle - jest
tu OK, nawet bardzo, ale wciaz mam w podswiadomosci jakies ale, czy
tez raczej trzeba bylo ;)

No nic, moze dzis wieczor zapije smutek, bo na noc planowane jest ognisko.
Ach jeszcze opowiem wam o aferach dzieciakowych. Dwie noce temu (ja
spalem) w jednym z domow rodzwonily sie alarmy, a na podlodze
znaleziono porzucony noz (taki zwykly, z zastawy). Noz podobno
najpierw byl wbity w drzwi. Podobno jakies chlopaki szly w nocy do
dziewczyn (dziewczyny i chlopaki sa w roznych domach). Podobno
widziano 12 letnia hiszpanke jak kupowala prezerwatytwy. Normalnie
plotek w tym kampusie jest tyle, ze mozna by nimi spokojnie obdzielic
kilka tele nowel. O alarmy obwiniono kolumbijcyzkow. Ale ja
podejrzewam rosjan. Kolumbijczycy to naprawde fajne dzieciaki i
kazdemu zycze takich uczniow. Rosjanie osobno tez fajni, ale w grupie
bardziej skorzy do glupot. I bardziej leniwi.
Polscy uczniowie sa bardzo cisi - jest tu ich tylko trojka. Ostanio
Mikee poprosil mnie, zebym czasem do nich po polsku (!) zagadal, bo
ich rodzice o to prosili (!), zeby nie czuli sie tacy wyobcowani. Ale
to wszystko zalezy od charakteru. Pamietam, ze w zeszlym roku polski
chlopaczek juz od pierwszego dnia podrywal wloszki :D

I tu zakoncze, dajac pole do popisu w komentarzach moim wspanialym kolegom :P


*na melodie 'come fly with me'
2008-07-20 22:05:27 skomentuj (3)


kolejna notka
Stephen King jeden zasluzenie nosi miano mistrza horroru. Jakos przez
lata omijalem tego pisarza, dopiero ostatnio siegnalem po dwie jego
ksiazki (najpierw 'Dreamcatcher' teraz klasyke czyli 'It') - facet
potrafi pisac. Zwlaszcza kiedy odtwarza perspektywe dziecka, to co
moze dziac w glowie malych chlopcow w roznych, niekoniecznie
strasznych, sytuacjach. Staram sie wykorzystywac te wiedze, kiedy
wieczorami slysze przez sciany wyglupy moich niemieckich maloletnich
sasiadow. Albo kiedy radosna grupa francuzow wraca z lunchu drac sie
na cale gardlo. Albo kiedy dziewiecioletni Lorenzo postanawia udac sie
na lekcje do zupelnie innej klasy niz powinien i potem wszyscy go
szukaja po calej szkole. Tak, King oraz Sempe i Goscinny powinni byc
podstawowa ksiazka do metodologii nie jakies tam pennyury czy inne
takie.

Poniedzialek uplynal spokojnie - caly dzien testowania. Jak zwykle
najlepiej wypadli kolumbijczycy, pozostale narodowosci srednio (w
zeszlym roku bylo zdecydowanie lepiej). Najgorzej chyba francuzi,
niektorzy prawie nic nie byli w stanie powiedziec. Ale chyba nie
powininem sie dziwic. Potem wieczorem mialem dyzur w swietlicy - nikt
przez caly czas nie przyszedl, wiec moglem jakos tam zaplanowac
zajecia - nie do konca wiedzac jakie grupy mi sie trafia.
A dzisiaj rano - niespodzianka. Jo (DOS) do poznej nocy sprawdzala
testy i ustawiala grupy i zrobila totalny miszmasz. Okazalo sie, ze
nie jestem w parze z Kate (czyli Kaska, z Polski) i nie mamy grup tych
co mielismy, tylko jestem w parze z Johnem i mamy wyzsze poziomy.
Wyzsze poziomy 9cio do 12latkow. Musialem wiec na szybko cos tam
powymylsac, na szczescie jechalismy dzsiaj na wycieczke do zamku wiec
zrobilem cos tam o zamkach plus kilka innych zabaw i gier jezykowych
na doczepke. Jakos przeszlo, ale powiem tak: nie byly to najlepsze
lekcje w moim zyciu. Choc wspolpraca z Johnem moze byc bardzo fajna i
owocna, ma sporo niezlych pomyslow.

Moja pierwsza klasa to wlasnie ta mlodsza. Kilkoro Turkow (wymowa ich
imion to niezla jazda), wloch, kilkoro rosjan, niemcow i polka (byla
juz tu w zeszlym roku). Moze byc calkiem sympatycznie, tylko niestety
znacznie wydluzy sie moj czas planowania lekcji, jak zwykle w
przypadku dzieci. Druga grupa jest nieco starsza i np. w mafie pewnie
z nimi da sie zagrac (moze pamietacie, ze byl to przeboj
zeszloroczny). Zroznicowanie narodowosciowe jest bardzo podobne - plus
jeden kolumbijczyk - i dobrze, bo powiem wam, ze taki kolumbijski
student na wyjezdzie to skarb. Gadatliwy, inteligentny, pracowity.
Choc w tej Kolumbii to tak naprawde oni troche pod kloszem mieszkaja.
Dzis w drodze z zamku Becka (australijka mieszkajaca w Kolumbii i ich
group leader) opowiadala troche jak tam jest. Nigdzie nie moga chodzic
sami, rodzice caly czas boja sie zeby ich nie porwano (pamietacie
pewnie niedawna sprawe Ingrid, kotra 7 lat spedzila w dzungli) itd.
Kolumbia jest krajem ogromnych kontrastow jak powiedzial mi jednen z
uczniow. Sa biedni i bogaci, nie ma klasy sredniej. Dlatego on chce
wyjechac z kraju i mieszkac w europie wschodniej - ukrainie np, bo z
tamtad pochodza jego pradziadkowie. Ten koles to taki typ nastolatka
buntownika - slucha kolumbijskiego punka, nosi dlugie wlosy, tylko
glanow mu brakuje. Moze w Bogocie jest za goraco na glany?

Wspomnialem juz o zamku - Arundel to taki zamek pokazowy, nigdy chyba
nie byl naprawde konstrukcja obronna. Ale zgrabny, i jeszcze do
niedawna mieszkali tam normalnie ludzie. Cala wycieczka zajela nam 40
minut - dotarlismy tam spoznieni i trzeba bylo sie spieszyc. Ale udalo
sie nikogo nie zgubic. Jedna wycieszka z czaszki, jeszcze tylko 8 ;)
A na koniec pytanie: Po czym poznac Polakow w UK?
2008-07-16 16:56:02 skomentuj (5)



***all rights reserved***copyright by: Janek Sielicki***2005***